|
Trzy w jednym. Mniejszy może więcej.
| | | | |
Pojechać do pożaru mieszkania, gasić nie czekając na wyłączenie prądu, czasem nawet bez wchodzenia do lokalu? Gasić bez niszczenia domowej elektroniki i książek oraz zalewania sąsiadów, pozostawiwszy po akcji suche podłogi - czy to tylko fantazja? A może rozwiązanie takie jest w zasięgu ręki? Zazwyczaj opisujemy w "Przeglądzie Pożarniczym" pojazdy i sprzęt dostępne aktualnie na światowym rynku. Staramy się nadążać za nowościami i prezentować Czytelnikom i Kolegom to, co naszym zdaniem jest najbardziej wartościowe. Tym razem postanowiliśmy zrobić inaczej. Spróbujemy wyprzedzić czas i przedstawić rozwiązanie, które jest na razie bardziej ideą niż konkretem, choć oczywiście bazuje na solidnych, inżynierskich podstawach. Oto grupa strażaków-praktyków, a przy tym pasjonatów techniki, spróbowała pomyśleć o pojeździe ratowniczo-gaśniczym zupełnie nowej generacji. Wszystko zaczęło się od wycofania z rynku halonów, jako substancji wyjątkowo niebezpiecznych dla środowiska naturalnego. Po rezygnacji z ich stosowania najpowszechniejszym, najtańszym i obojętnym dla środowiska, a równocześnie skutecznym środkiem gaśniczym nadal pozostaje woda. Ma ona jednak szereg istotnych wad. Do podstawowych należy powstawanie strat w czasie gaszenia, wynikających z użycia nadmiaru jej ilości w stosunku do niezbędnej dla ugaszenia pożaru. Podczas statystycznej interwencji wylewa się 6,3 m sześc. wody. Wbrew potocznej intuicji z największym, w przeliczeniu na jednostkę powierzchni, zużyciem mamy do czynienia przy gaszeniu pożarów małych. Wynosi ono aż 250 l/m kw. (odpowiednio przy średnich 83 l/m kw. i dużych 202 l/m kw.), co przy przeciętnej pow. małego pożaru - 13 m kw daje aż 3,3 m sześc. wylanej wody podczas jednej interwencji. Szacuje się, że z tych gigantycznych ilości wody zaledwie 5 proc. spożytkowanych jest do gaszenia. Cała reszta opuszcza środowisko pożaru stając się źródłem zniszczenia mienia i skażenia środowiska naturalnego. 
|
|